Brian Aldiss        Non Stop

    . 6 .    

- Ty chrapiesz, kap�anie - rzek� uprzejmie Roffery, gdy na pocz�tku nowej jawy siedzieli przy jedzeniu.

   Ich wzajemne stosunki uleg�y subtelnym przeobra�eniom, jakby w czasie snu dzia�a�a na nich jaka� czarodziejska si�a. Uczucie, �e s� rywalami, przeniesione �ywcem z Kabin, znikn�o, byli oczywi�cie nadal rywalami, ale w takim sensie, w jakim wszyscy m�czy�ni ze sob� rywalizuj�, przede wszystkim jednak czuli wi� ��cz�c� ich przeciw ca�emu otoczeniu. Czuwanie wp�yn�o korzystnie na stan ducha Roffery'ego, kt�ry sta� si� obecnie prawie potulny. Z ca�ej pi�tki tylko Wantage wydawa� si� nie zmieniony. Jego charakter, stale wystawiany na niszcz�ce dzia�anie samotno�ci i upokorze�, niby drewniany s�up na dzia�anie rw�cej rzeki, nie mia� �adnej mo�liwo�ci zmiany. Wantage'a mo�na by�o tylko z�ama� albo zabi�.

   - Musimy doj�� tej jawy jak najdalej - rzek� Marapper. - Wczasie nast�pnej sen-jawy b�dzie, jak wiecie, ciemno i nie by�oby wskazane wtedy podr�owa�, jako �e latarki mog� zdradzi� nasz� obecno�� ka�demu. Zanim jednak ruszymy, chc� wam ujawni� nasze plany, a w tym celu trzeba co� nieco� powiedzie� o statku.

   Rozejrza� si� wok� z u�miechem, nadal jedz�c �apczywie.

   - Pierwsza sprawa to fakt, �e jeste�my na statku. Wszyscy si� ze mn� zgadzaj�?

   Jego spojrzenie wymog�o na ka�dym z nich co� w rodzaju odpowiedzi: „Oczywi�cie" Fermoura, niecierpliwy pomruk Wantage'a, jakby uwa�a� pytanie 7a niestosowne, oboj�tne nieokre�lone skinienie d�oni� Roffery'ego i „nie" Complaina.

   Marapper zainteresowa� si� tym „nie" �ywo. - Lepiej b�dzie, jak to szybko zrozumiesz, Roy - powiedzia�. - Na pocz�tek dowody. S�uchaj uwa�nie, przywi�zuj� du�� wag� do tej sprawy i objawy zdecydowanej g�upoty mog�yby wywo�a� u mnie gniew, kt�rego by�my potem wszyscy �a�owali.

   Chodzi� wok� po�amanych mebli, pot�ny, przemawiaj�c z emfaz� i powag�.

   - A wi�c, Roy, zapami�taj jedno, �e nie by� na statku to zupe�nie co� innego ni� by� na nim. Wiecie - wszyscy wiemy w�a�ciwie - jedynie co to znaczy by� na statku i dlatego uwa�amy, �e istnieje tylko statek. Ale jest wiele miejsc, kt�re nie s� statkiem, wielkich i licznych... Wiem to z zapis�w pozostawionych przez Gigant�w. Statek zosta� przez nich zbudowany dla jakich� im wiadomych cel�w, kt�re, jak na razie, s� przed nami ukryte.

   - S�ysza�em to ju� w Kabinach - rzek� ze smutkiem Complain. - Przypu��my, Marapper, �e uwierz� w to, co m�wisz. Co z tego? Statek czy �wiat, co za r�nica?

   - Nie rozumiesz tego. Popatrz - to m�wi�c kap�an pochyli� si�, zerwa� p�k glon�w i zacz�� nim macha� Complainowi przed nosem. - To jest co� naturalnego, co�, co samo wyros�o ­ rzek�.

   Wpad� do �azienki i kopn�� porcelanow� umywalk�, a� zad�wi�cza�a.

   - To zosta�o wykonane sztucznie - powiedzia�. - Czy teraz rozumiesz? Statek jest tworem sztucznym, �wiat za� jest naturalny. Jeste�my naturalnymi istotami i nasz prawdziwy dom to nie jest statek, zbudowany przez Gigant�w.

   - Ale nawet je�eli tak jest... - zacz�� Complain.

   - Tak jest. Tak w�a�nie jest. Dowody s� wsz�dzie naoko�o ciebie: korytarze, �ciany, pokoje, wszystko sztuczne, ale ty jeste� tak do nich przyzwyczajony, �e tego nie dostrzegasz.

   - To, �e on tego nie dostrzega, nie jest wa�ne - rzek� Fermour. - C� to ma za znaczenie.

   - Ja to widz� - powiedzia� gniewnie Complain - ja tylko nie mog� tego zaakceptowa�.

   - No dobrze, sied� wi�c cicho i przemy�l to sobie, a tymczasem my idziemy dalej - rzek� Marapper. - Czyta�em liczne ksi��ki i znam prawd�. Giganci zbudowali ten statek w jakim� konkretnym celu; cel zosta� po drodze zagubiony, a sami Giganci wymarli. Pozosta� tylko statek...

   Przesta� chodzi� i stan�� przy �cianie opieraj�c o ni� czo�o. Kiedy podj��, m�wi� jakby do siebie.

   - Pozosta� tylko statek. Tylko statek, a w nim jak w pu�apce wszystkie szczepy ludzkie. Musia�a wydarzy� si� jaka� katastrofa, gdzie� sta�o si� co� strasznego, a nas pozostawiono w�asnemu losowi. To jest wyrok, wykonany na nas za jaki� okropny grzech pope�niony przez naszych praojc�w.

   - Ca�e to gadanie nie jest warte funta k�ak�w - rzek� gniewnie Wantage. - Spr�buj wreszcie zapomnie�, �e jeste� kap�anem, Marapper. To nie ma �adnego znaczenia z punktu widzenia naszych dalszych los�w.

   - Ma, i to ogromne - powiedzia� Marapper wsadzaj�c z ponur� min� r�ce do kieszeni i wyci�gaj�c zaraz jedn�, aby pod�uba� w z�bach. ­ Tak naprawd� interesuje mnie tylko teologiczny aspekt tej sprawy. Je�eli chodzi o was, istotny jest fakt, �e statek sk�d� przyby� i dok�d� si� udaje. To, dok�d si� udaje, jest wa�niejsze ni� sam statek, bo tam si� powinni�my w�a�ciwie znajdowa�. To jest nasze prawdziwe miejsce.

   - Wszystko to nie stanowi �adnej tajemnicy - chyba dla durni�w; tajemnic� jest natomiast, dlaczego trzyma si� nas w niewiedzy co do miejsca, w kt�rym si� znajdujemy. Co si� w�a�ciwie dzieje za naszymi plecami?

   - Gdzie� co� nawali�o - rzek� pospiesznie Wantage. - Zawsze m�wi�em: gdzie� co� nie wysz�o.

   - Nie m�w takich rzeczy w mojej obecno�ci - rzek� opryskliwie kap�an. Wydawa�o mu si�, �e og�lna akceptacja jego pogl�d�w os�abi jego pozycj� i autorytet.

   - Istnieje sprzysi�enie. Uknuto przeciwko nam jak�� intryg�. Pilot lub kapitan tego statku gdzie� si� ukrywa, a my mkniemy w dal pod jego kierownictwem nie zdaj�c sobie sprawy, �e w og�le podr�ujemy, ani nie znaj�c celu podr�y. To jaki� szaleniec, kt�ry ukrywa si� w zamkni�ciu, a na nas spad�a kara za grzech pope�niony przez naszych praojc�w.

   Complainowi wszystko to wydawa�o si� przera�aj�ce i nieprawdopodobne, aczkolwiek nie bardziej nieprawdopodobne ni� sam pomys�, �e znajduj� si� na p�dz�cym statku. Ale akceptacja jednego poci�ga�a za sob� akceptacj� drugiego, w zwi�zku z czym milcza�. Przyt�oczy�o go uczucie niepewno�ci. Przygl�daj�c si� obecnym nie zauwa�y�, �eby zgadzali si� entuzjastycznie z kap�anem. Fermoum u�miecha� si� ironicznie, twarz Wantage'a wyra�a�a sta�e nieokre�lone niezadowolenie, a Roffery niecierpliwie szarpa� w�sy.

   - M�j plan jest nast�puj�cy - podj�� kap�an. - Niestety w jego realizacji potrzebna mi b�dzie wasza pomoc. Musimy znale�� tego kapitana, musimy dopa�� go w miejscu, w kt�rym si� ukrywa. Jest na pewno dobrze schowany, ale �adne najlepiej nawet zamkni�te drzwi nie uratuj� go przed nami. Jak go ju� znajdziemy, zabijemy go i tym samym opanujemy statek.

   - A co zrobimy ze statkiem, kiedy go ju� opanujemy? - spyta� Fermour tonem maj�cym wyra�nie na celu przyhamowanie nadmiernego entuzjazmu Marappera.

   Duchowny tylko przez chwil� wydawa� si� zaskoczony.

   - Znajdziemy dla niego jaki� cel - powiedzia�. - Tego rodzaju detale pozostawcie mnie.

   - Gdzie mamy szuka� tego kapitana? ­ chcia� wiedzie� Roffery.

   W odpowiedzi kap�an odchyli� p�aszcz, si�gn�� pod sutann� i ze swobod� zademonstrowa� ksi��k�, kt�r� Complain widzia� ju� poprzednio. Macha� im tytu�em przed oczyma, ale nie mia�o to dla nich wi�kszego znaczenia, gdy� tylko Roffery czyta� biegle. Dla pozosta�ych czytelne by�y sylaby, kt�rych nie potrafili z�o�y� w s�owa. Zabieraj�c im ksi��k� sprzed oczu Marapper �askawie wyja�ni�, �e nosi ona tytu� „Schematy obwod�w elektrycznych statku gwiezdnego". Wyja�ni� tak�e, co sta�o si� dla niego zn�w okazj� do pochwalenia si�, w jaki spos�b ksi��ka ta znalaz�a si� w jego posiadaniu. Le�a�a w magazynie, w kt�rym stra�nicy Zilliaca znale�li worki z farbami; zosta�a wyrzucona na stos rzeczy oczekuj�cych inspekcji Komendy. Marapper zobaczy� j� i przewiduj�c z g�ry jej warto��, ukry� w kieszeni. Z�apa� go na tym jeden ze stra�nik�w. Milczenie tego wysoce lojalnego cz�owieka mo�na by�o kupi� wy��cznie za obietnic�, �e p�jdzie razem z Marapperem i podzieli z nim w�adz�.

   - Czy to by� ten stra�nik, kt�rego Meller za�atwi� pod drzwiami mojego pokoju? - spyta� Complain.

   - Ten sam - rzek� kap�an wykonuj�c automatycznie znak �alu. - Jak si� nad wszystkim dobrze zastanowi�, doszed� do wniosku, �e zrobi lepszy interes m�wi�c o moich zamiarach Zilliacowi.

   - Kto wie, czy nie mia� racji - zauwa�y� zjadliwie Roffery.

   Ignoruj�c t� uwag� kap�an otworzy� ksi��k� i roz�o�y� wykres przyciskaj�c go palcem.

   - Oto jak wygl�da klucz do ca�ej sprawy - rzek� z g��bokim przekonaniem. - To jest plan statku.

   Ku swemu niezadowoleniu musia� natychmiast przerwa� rozpocz�te przem�wienie i wyt�umaczy� im, co to jest plan, gdy� poj�cie to by�o im zupe�nie nie znane. Tym razem Complain mia� przewag� nad Wantage'em, gdy� bardzo szybko poj�� sens planu, a przede wszystkim zrozumia�, na czym polega dwuwymiarowe przedstawienie tr�jwymiarowego obiektu, do tego jeszcze tak wielkiego jak statek. Wantage'owi nie pomog�y nawet prawie naturalnej wielko�ci obrazy Menera; ustalono w ko�cu, �e musi si� pogodzi� z faktem, kt�rego nie rozumie, podobnie jak Complain „przyj��" istnienie statku, chocia� nie widzia� na to �adnych racjonalnych dowod�w.

   - Nikt przedtem nie dysponowa� jeszcze tak dok�adnym planem statku - poucza� Marapper. - To szcz�cie, �e wpad� w moje r�ce. Ozbert Bergass wiedzia� bardzo du�o o budowie statku, ale dok�adnie zna� tylko rejon Schod�w Rufowych i cz�� Bezdro�y.

   Plan ujawni�, �e statek wygl�dem przypomina wyd�u�one jajko, w �rodku walcowate, zako�czone t�po na obu biegunach. Ca�o�� obejmowa�a osiemdziesi�t cztery pok�ady, kt�re w przekroju poprzecznym przypomina�y monet�. Wi�kszo�� pok�ad�w (z wyj�tkiem kilku na obu ko�cach) sk�ada�a si� z trzech koncetrycznyeh poziom�w: g�rnego, �rodkowego i dolnego. Znajdowa�y si� w nich korytarze po��czone ze sob� windami lub schodkami, a wzd�u� korytarzy pomieszczenia mieszkalne, czasami niewielkie, i wtedy by�o ich du�o, a czasami tak ogromne, �e zajmowa�y ca�y poziom. Wszystkie pok�ady po��czone by�y ze sob� korytarzem biegn�cym wzd�u� d�u�szej osi statku, tak zwanym Korytarzem G��wnym. Istnia�y jednak tak�e dodatkowe po��czenia mi�dzy kr�tymi korytarzami poszczeg�lnych pok�ad�w, jak r�wnie� mi�dzy le��cymi ko�o siebie pok�adami.

   Jeden koniec statku by� oznaczony wyra�nie jako „Rufa", na drugim widnia� napis „Sterownia". W tym miejscu Marapper po�o�y� palec.

   - Oto gdzie znajdziemy kapitana - rzek�. - Ten, kto si� tu znajduje, kieruje statkiem. Tam si� w�a�nie udamy.

   - Dzi�ki temu, �e mamy plan, b�dzie to dziecinnie proste zadanie - o�wiadczy� Roffery zacieraj�c r�ce. - Musimy tylko i�� ca�y czas Korytarzem G��wnym. Mo�e jednak s�uchanie ciebie, Marapper, nie by�o tak wielkim idiotyzmem.

   - To nie b�dzie takie proste - powiedzia� Complain. - Sp�dza�e� wszystkie jawy wygodnie w Kabinach i nie znasz zupe�nie panuj�cych poza nimi warunk�w. Korytarz G��wny jest dobrze znany my�liwym, ale w odr�nieniu od ka�dego innego korytarza nie prowadzi donik�d.

   - Pomimo �e formu�ujesz sw�j pogl�d bardzo naiwnie, Roy, masz racj� - przyzna� Marapper. - W tej ksi��ce znalaz�em wyt�umaczenie, dlaczego on nie prowadzi donik�d. Ot� wzd�u� ca�ego Korytarza G��wnego znajdowa�y si� drzwi awaryjne. Ka�dy kr�g pok�adu zbudowany by� tak, aby m�g� by� mniej wi�cej samowystarczalny w razie jakiego� zagro�enia.

   Zacz�� przewraca� strony zawieraj�ce rysunki techniczne.

   - Nawet ja nie rozumiem wszystkiego, ale chyba jest jasne, �e musia�o co� si� przydarzy�, po�ar lub co� w tym rodzaju, i drzwi Korytarza G��wnego pozosta�y od tego czasu zamkni�te.

   - To dlatego, pomijaj�c glony, tak trudno gdziekolwiek si� dosta� - doda� Fermour. - Po prostu kr�cimy si� w k�ko. Pozostaje nam tylko odnale�� dodatkowe po��czenia, kt�re s� nadal otwarte, i wykorzysta� je. Oznacza to, �e b�dziemy musieli ci�gle si� cofa� i zawraca�, zamiast i�� prosto.

   - Otrzymasz ode mnie w tej sprawie szczeg�owe instrukcje. Dzi�kuj� - rzek� kr�tko kap�an. - Poniewa�, jak widz�, jeste�cie wszyscy szalenie m�drzy, wi�c ju� bez dalszego oci�gania mo�emy i�� dalej. Bierz ten pakunek na plecy, Fermour, i ruszaj pierwszy.

   Wstali pos�usznie - za drzwiami czeka�y niego�cinne Bezdro�a.

   - Aby dotrze� do sterowni, musimy przedosta� si� przez tereny Dziobowc�w - powiedzia� Complain,

   - Przestraszony? - zapyta� zjadliwie Wantage.

   - Tak, Dziurawa G�bo, przestraszony.

   Wantage odwr�ci� si� gniewnie, zbyt jednak zaabsorbowany, aby ostro zareagowa� na znienawidzone przezwisko.

   W milczeniu przedzierali si� przez g�szcze, marsz ich by� powolny i m�cz�cy. Pojedynczy �owca mo�e przemyka� si� mi�dzy glonami nie wycinaj�c ich, trzymaj�c si� za to bli�ej �ciany. W szeregu nie mogli stosowa� tej metody z dobrym skutkiem, gdy� odginaj�ce si� ga��zie uderza�y tych z ty�u. Mo�na by�o tego unikn�� zwi�kszaj�c mi�dzy sob� odst�py, wiedzeni jednak rozs�dkiem trzymali si� mo�liwie blisko siebie nie ods�aniaj�c si� z przodu ani z ty�u. W posuwaniu si� pod �cian� przeszkadza�o im jeszcze jedno: w tym miejscu warstwa okrytych chitynowymi �upinami nasion by�a najgrubsza, odbijaj�c si� bowiem od �ciany spada�y one w pobli�u i ka�dy krok wywo�ywa� g�o�ny trzask. Do�wiadczone oko Complaina zarejestrowa�o bezb��dnie znamienny fakt: obfito�� nasion, stanowi�cych przysmak ps�w i �wi�, wskazywa�a na brak zwierzyny w tej okolicy.

   Plaga much nie zmniejsza�a si�; bez przerwy brz�cza�y podr�nikom ko�o uszu. Id�cy na przedzie Roffery karczowa� glony. Za ka�dym razem kiedy unosi� siekier�, wymachiwa� ni� niebezpiecznie wok� g�owy, by si� pozby� dra�ni�cej chmury owad�w.

   Pierwsze dodatkowe po��czenie mi�dzy pok�adami, do kt�rego dotarli, by�o dosy� wyra�nie oznakowane. Znajdowa�o si� w kr�tkim bocznym korytarzu i sk�ada�o si� z dwojga pojedynczych metalowych drzwi, w tej chwili lekko uchylonych. Mog�y one umo�liwi� przej�cie korytarzem, ale obecnie by�y ca�kowicie zablokowane przez zach�ann� ziele�. Na pierwszych widnia� napis „Pok�ad 61", na drugich za� „Pok�ad 60". Marapper mrukn�� z zadowoleniem, ale by�o zbyt gor�co, aby wyg�asza� komentarze. Complain w czasie polowania natrafia� ju� poprzednio na takie same po��czenia, widywa� tak�e napisy, ale w�wczas nic one dla niego nie oznacza�y; obecnie stara� si� skojarzy� poprzednie do�wiadczenia z koncepcj� p�dz�cego statku, lecz jak na razie wszystko by�o zbyt �wie�e i nie nadawa�o si� do bezkrytycznej akceptacji.

   Na Pok�adzie 60 napotkali innych ludzi.

   Fermour w�a�nie szed� pierwszy toruj�c ze stoickim spokojem drog�, gdy nagle pojawi�y si� otwarte drzwi. Takie drzwi zawsze oznacza�y niebezpiecze�stwo, zbijali si� wi�c w gromad� i przechodzili razem. Zazwyczaj nic si� nie dzia�o, tym razem jednak zobaczyli w pokoju star� kobiet�.

   Le�a�a nago na pod�odze, obok niej za� spa�a przywi�zana na sznurku owca. Kobieta odwr�cona by�a bokiem, dzi�ki czemu mogli doskonale zobaczy� jej lewe ucho. Na skutek jakiej� przedziwnej choroby rozros�o si� ono jak wielka g�bka, wystaj�c spomi�dzy rzadkich, t�ustych, siwych w�os�w. By�o koloru intensywnie r�owego i wyra�nie kontrastowa�o z blad� twarz�.

   Powoli odwr�ci�a g�ow� i spojrza�a na nich sowimi oczyma. Natychmiast, nie zmieniaj�c wyrazu twarzy, zacz�a g�ucho wy�. Complain zauwa�y� przy tym, �e jej drugie ucho jest zupe�nie normalne.

   Owca obudzi�a si�, odbieg�a na d�ugo�� linki becz�c i krztusz�c si� ze strachu.

   Zanim ca�a pi�tka zd��y�a si� oddali�, z tylnego pokoju wybieg�o dw�ch m�czyzn, prawdopodobnie zaalarmowanych krzykiem, i stan�o bezradnie za wyj�c� kobiet�.

   - Oni nam nic nie zrobi� - powiedzia� z ulg� Fermour.

   By�o to oczywiste. Obaj m�czy�ni byli starzy, jeden zgi�ty wp�, bardzo ju� bliski D�ugiej Podr�y, drugi straszliwie chudy i pozbawiony r�ki w wyniku jakiej� zamierzch�ej rozprawy no�owniczej.

   - Powinni�my ich zabi� - rzek� Wantage i jedna po�owa jego twarzy wyra�nie si� rozja�ni�a. - Przede wszystkim t� potworn� wied�m�.

   S�ysz�c te s�owa kobieta przesta�a krzycze�.

   - Przestrzeni dla waszych osobowo�ci - powiedzia�a szybko. - Zarazy na wasze oczy, dotknijcie nas tylko, a przekle�stwo, kt�re na nas ci��y, spadnie na was.

   - Przestrzeni dla twojego ucha, pani - rzek� ponuro Marapper. - Chod�cie, bohaterowie, nie ma potrzeby pozostawa� tu d�u�ej. Odejd�my szybko, zanim wrzaski tej wariatki nie sprowadz� tutaj kogo� gro�niejszego.

   Zawr�cili z powrotem w g�stwin�. Tr�jka mieszka�c�w pokoju przygl�da�a si� temu bez ruchu. Mogli oni stanowi� niedobitki jakiego� szczepu z Bezdro�y, istnia�o jednak wi�ksze prawdopodobie�stwo, �e byli po prostu uciekinierami z trudem utrzymuj�cymi si� przy �yciu w tych dzikich ost�pach.

   Od tej chwili w�drowcy znajdowali coraz cz�ciej �lady innych mutant�w lub pustelnik�w. Glony by�y cz�sto wydeptane, co u�atwia�o wprawdzie marsz, ale napi�cie spowodowane konieczno�ci� zachowania sta�ej czujno�ci by�o znacznie wi�ksze. Ani razu jednak nie zostali zaatakowani.

   Nast�pne dodatkowe po��czenie mi�dzy pok�adami by�o zamkni�te. Stalowe drzwi, idealnie dopasowane do framugi, pomimo zbiorowych wysi�k�w nie da�y si� sforsowa�.

   - Musi istnie� jaki� spos�b, aby je otworzy� - rzek� gniewnie Roffery.

   - Powiedz kap�anowi, aby zajrza� do tej swojej przekl�tej ksi��eczki - rzek� Wantage. - Je�eli chodzi o mnie, siadam tutaj i bior� si� do jedzenia.

   Marapper chcia� i�� od razu dalej, ale pozostali poparli Wantage'a i milcz�c przyst�pili do posi�ku.

   - Co si� stanie, je�eli znajdziemy si� na pok�adzie, na kt�rym wszystkie drzwi b�d� zamkni�te, tak jak te? - zainteresowa� si� Complain.

   - To wykluczone - rzek� stanowczo Marapper. - W tym wypadku nigdy nie s�yszeliby�my o Dziobowcach. Na pewno istnieje droga i to wi�cej ni� jedna - prowadz�ca na te tereny. Musimy tylko przej�� na inny poziom i poszuka�.

   Ostatecznie znale�li przej�cie na Pok�ad 59, a potem wyj�tkowo szybko na 58. Tymczasem zrobi�o si� p�no, zbli�a�a si� ciemna sen-jawa. Znowu opanowa� ich niepok�j.

   - Czy�cie zauwa�yli ciekaw� rzecz? - spyta� nagle Complain. W tej chwili on prowadzi� ca�� grup�, zlany potem i sokiem glon�w. - Zmienia si� gatunek glon�w.

   By�a to prawda. Gi�tkie dotychczas ga��zie stawa�y si� mi�sistsze, nie tak twarde. Mniej by�o listowia, za to cz�ciej pojawia�y si� woskowate zielonkawe kwiaty. Zmieni� si� im tak�e grunt pod nogami. Normalnie by� zbity i twardy, poprzerastany g�st� pl�tanin� korzeni wysysaj�cych ka�d� kropl� wilgoci, obecnie sta� si� mi�kki, a sama gleba zwilgotnia�a i pociemnia�a.

   Im dalej szli, tym objawy te by�y wyra�niejsze i wkr�tce brn�li ju� w b�ocie. Min�li hodowl� pomidor�w, potem jakie� krzaki z owocami, kt�rych nie mogli rozpozna�; w�r�d wyra�nie s�abn�cych glon�w pojawia�y si� coraz to nowe gatunki ro�lin. Ta zaskakuj�ca zmiana zaniepokoi�a ich. Mimo to w obawie przed zapadaj�c� ciemno�ci� Marapper zarz�dzi� post�j.

   Przepchn�li si� do bocznego pokoju, do kt�rego ju� wc�e�niej dokonano w�amania. By� on zawalony belami grubego materia�u w bardzo zawi�y wz�r. �wiat�o latarki Fermoura ujawni�o obecno�� niezliczonej liczby moli. Z trudnym do opisania d�wi�kiem unios�y si� z materia�u, z kt�rego od razu znikn�� wzorek, ale za to pojawi�a si� ogromna liczba wy�artych g��boko dziur. Mole kr��y�y po pokoju, wylatywa�y na korytarz; czuli si�, jakby si� znale�li w�r�d burzy piaskowej.

   Na widok wielkiego mola lec�cego prosto na jego twarz Complain uchyli� si�. Na kr�tk� chwil� uleg� dziwnemu z�udzeniu, kt�re mia� przypomnie� sobie p�niej: chocia� m�l przelecia� mu ko�o ucha, odni�s� wra�enie, �e wpad� mu prosto do g�owy. By�a to oczywi�cie halucynacja, ale czu�, �e mu owad wype�nia m�zg. Nagle ca�e to z�udzenie min�o.

   - Wykluczone, aby tu mo�na by�o zasn�� ­ rzek� pe�en niesmaku i poprowadzi� towarzyszy dalej bagnistym korytarzem. Nast�pne otwarte drzwi, jakie uda�o im si� znale��, wiod�y da pomieszczenia, kt�re okaza�o si� idealne na rozbicie obozu. By� to jaki� warsztat, du�y pok�j wype�niony sto�ami roboczymi, tokarkami i innymi przedmiotami, z ich punktu widzenia bezwarto�ciowymi. Z kranu, kt�ry nie da� si� zakr�ci�, p�yn�� niepewny strumie� wody. �cieka�a ona nieustannie do zlewu i dalej do znajduj�cej si� gdzie� pod pok�adem ogromnej instalacji do odzysku �ciek�w. Zm�czeni, umyli si� i popijaj�c po�ywili si� ze swoich zapas�w. Gdy ko�czyli, pojawi�a si� ciemno��, naturalny mrok wyst�puj�cy raz na cztery sen-jawy. Nikt nie domaga� si� mod��w, duchowny tak�e ich nie proponowa�. By� on r�wnie zm�czony jak pozostali i zaj�ty tymi samymi co oni my�lami. Pokonali dopiero trzy pok�ady, a od sterowni dzieli� ich jeszcze szmat drogi. Po raz pierwszy Marapper zrozumia�, �e niezale�nie od zalet jego planu, nie oddawa� on nawet w przybli�eniu prawdziwych rozmiar�w statku.

   Cenny zegar zosta� wr�czony Complainowi, kt�ry mia� z kolei obudzi� Fermoura, gdy, wi�ksza wskaz�wka zatoczy pe�ne ko�o. �owca obserwowa� z zazdro�ci�, jak pozostali rozci�gn�li si� pod sto�ami i natychmiast zapadli w sen. Przez pewien czas z uporem sta�, ale zm�czenie zmusi�o go do zaj�cia pozycji siedz�cej. Intensywnie poszukiwa� odpowiedzi na tysi�ce dr�cz�cych go pyta�, ale i to zm�czy�o go po pewnym czasie. Siedzia� oparty o st� patrz�c na zamkni�te drzwi. Przez okr�g�� matow� szyb�, kt�ra si� w nich znajdowa�a, wida� by�o s�abe �wiat�o kontrolne na korytarzu. Jego kr�g robi� si� coraz wi�kszy i wi�kszy, wirowa� i rozp�ywa� si�... a� wreszcie Complain zamkn�� oczy...

   Obudzi� si� gwa�townie, z uczuciem niepokoju. Drzwi by�y otwarte. Na korytarzu, ca�kowicie niemal pozbawione �wiat�a, glony umiera�y szybko. Ich wierzcho�ki za�amywa�y si� i tuli�y razem, jak kl�cz�cy starzy ludzie nakryci kocem. Erna Roffery'ego nie by�o w pokoju.

   Complain wsta�, wyci�gn�� paralizator i nas�uchuj�c podszed� do drzwi. By�o ma�o prawdopodobne, aby kto� m�g� uprowadzi� Roffery'ego - nie oby�oby si� bez szamotania, kt�re na pewno pobudzi�oby wszystkich. Wynika�o z tego jasno, �e Roffery opu�ci� pok�j z w�asnej woli. Ale dlaczego? Czy�by us�ysza� co� w korytarzu?

   Owszem, z oddali dochodzi� jaki� odg�os przypominaj�cy bulgot wody. Im d�u�ej Complain nas�uchiwa�, tym d�wi�k wydawa� si� silniejszy. Rzuci� szybkie spojrzenie na trzech �pi�cych i wyszed� szuka� �r�d�a d�wi�ku. Ten do�� ryzykowny krok wyda� mu si� lepszy ni� budzenie kap�ana i wyja�nianie, �e drzema� zamiast czuwa�.

   Na korytarzu ostro�nie zapali� latark� i od razu odnalaz� w b�ocie �lady Roffery'ego - prowadzi�y one w kierunku nie zbadanej jeszcze cz�ci poziomu, na kt�rym si� znajdowali. �atwiej mu si� by�o teraz posuwa�, gdy� glony skupione by�y na �rodku korytarza, a �ciany wolne. Complain porusza� si� ostro�nie, nie zapalaj�c niepotrzebnie �wiat�a, z paralizatorem gotowym do strza�u.

   Na skrzy�owaniu korytarzy zatrzyma� si� na chwil�, po czym ruszy� dalej w kierunku, kt�ry wskazywa� mu bulgot wody.

   Glony znikn�y i pojawi� si� sp�ukany przez strumie� wody pok�ad. Complain czu�, jak omywa mu buty, i szed� bardzo wolno staraj�c si� nie pluska�. To by�o co� zupe�nie nowego...

   Przed nim pojawi�o si� �wiat�o. Gdy si� zbli�y�, stwierdzi�, �e pali si� ano w wielkim pomieszczeniu oddzielonym od korytarza podw�jnymi oszklonymi drzwiami. Podszed� do drzwi i zatrzyma� si�, czytaj�c wyra�nie namalowany napis: „Basen k�pielowy". Powt�rzy� te s�owa zupe�nie nie rozumiej�c ich znaczenia. Przez drzwi dojrza� p�askie schody prowadz�ce w kierunku kolumnady znajduj�cej si� na g�rze, a za jedn� z kolumn cie� cz�owieka.

   Odskoczy� natychmiast od drzwi. Poniewa� cz�owiek nie poruszy� si�, Complain uzna�, �e go nie dostrzeg�, i popatrzy� znowu. Cz�owiek by� odwr�cony ty�em i wygl�da� jak Roffery. Complain otworzy� ostro�nie drzwi i natychmiast fala zala�a mu stopy. Woda sp�ywa�a schodami zmieniaj�c je w wodospad.

   - Roffery! - zawo�a� kieruj�c paralizator na stoj�cego za kolumn� cz�owieka. Te trzy sylaby wypowiedziane normalnym g�osem, wzmocnione wielokrotnie na skutek rezonansu, zabrzmia�y jak grzmot, a echo powt�rzy�o je wiele razy, nim zamar�o w ciemno�ci otaczaj�cej go jaskini. Zanikaj�ce echo zatar�o niejako wszystkie inne d�wi�ki pozostawiaj�c tylko dzwoni�c� w uszach g�uch� cisz�.

   - Kto tam? - odezwa�a si� szeptem posta�.

   Pomimo strachu Complain zdo�a� wyszepta� swoje imi�, po czym m�czyzna skin�� na niego. Complain sta� pocz�tkowo jak przykuty i dopiero na ponowne ponaglenie zacz�� wolno wchodzi� po schodach. Gdy zr�wna� si� ze stoj�c� postaci�, upewni� si�, �e by� to rzeczywi�cie wyceniacz. Roffery z�apa� go za rami�.

   - Spa�e�, durniu! - sykn�� w ucho Complainowi.

   Complain skin�� potulnie g�ow� obawiaj�c si� ponownego wzbudzenia echa. Roffery nie podtrzyma� podj�tego tematu, tylko bez s�owa wyci�gn�� r�k�. Complain spojrza� we wskazanym kierunku, zaskoczony wyrazem jego twarzy.

   �aden z nich nie widzia� jeszcze nigdy tak wielkiego pomieszczenia. O�wietlona tylko jedn� �ar�wk�, kt�r� mieli po lewej stronie, ogromna przestrze� rozci�ga�a si� bez ko�ca i gin�a w ciemno�ciach. Pod�og� stanowi�o lustro wody, z koncentrycznie rozchodz�cymi si� zmarszczkami. W �wietle woda l�ni�a jak metal. W drugim ko�cu pomieszczenia z g�adkiej powierzchni wystawa�y rury podtrzymuj�ce pomosty r�wnej wysoko�ci, a po obu stronach pokoju widnia�y s�abo rysuj�ce si� w mroku kajuty.

   - Jakie� to pi�kne - westchn�� Roffery. ­ Powiedz, czy to nie jest pi�kne?

   Complain popatrzy� na niego ze zdziwieniem. S�owo „pi�kne" mia�o zabarwienie wy��cznie erotyczne i u�ywane by�o tylko w stosunku do wyj�tkowo atrakcyjnych kobiet. Musia� jednak przyzna�, �e widok, kt�ry si� przed nimi roztacza�, wymaga� specjalnego okre�lenia. Spojrza� ponownie na wod� - Czego� takiego nie widzieli jeszcze nigdy. Dotychczas woda oznacza�a dla nich krople kapi�ce z kranu, nik�y strumie� z gumowego w�a lub troch� p�ynu na dnie naczynia. Co mo�e oznacza� taka ilo�� wody? - zastanowi� si� przelotnie. Cho� ponury i niesamowity, widok ten mia� w sobie i co� z pi�kna.

   - Wiem, co to jest -- powiedzia� bardzo cicho Roffery. Patrzy� na wod� jak zahipnotyzowany, twarz mu z�agodnia�a tak dalece, �e trudno go by�o pozna�. - Czyta�em o tym w ksi��kach dostarczanych mi do wyceny i a� do tej chwili uwa�a�em to za bzdur�, mrzonk�. - Przerwa�. - „Umarli nie wstaj�, a nawet najd�u�sza rzeka wpada bezpiecznie do morza" - zacytowa�. - To jest morze, Camplain, natrafili�my na morze. Wiele razy o tym czyta�em... Wed�ug mnie to dowodzi, �e Marapper nie mia� racji m�wi�c o statku. Jeste�my po prostu w podziemnym mie�cie.

   S�owa te nie zrobi�y �adnego wra�enia na Complainie, kt�ry z zasady nie przywi�zywa� wagi do nazw, jakie si� nadaje przedmiotom lub zjawiskom. Uderzy�o go za to co innego, co�, co wyja�nia�o spraw�, kt�ra go stale niepokoi�a: dlaczego Roffery porzuci� swoj� ciep�� synekur� i przy��czy� si� do ryzykownej wyprawy kap�ana. Teraz wiedzia�, �e pow�d by� podobny jak u niego - t�sknota za czym�, czego nigdy nie zna� i czego nie m�g� dotkn�� palcem. Zamiast czu� teraz wi�ksz� ni� dotychczas wi� z Rofferym, uzna�, �e musi na niego bardziej uwa�a�; wsp�lne cele nieuchronnie prowadz� do starcia. -

   Dlaczego tu przyszed�e�? - spyta� zni�aj�c g�os, aby nie wywo�a� znowu echa.

   - Kiedy ty spokojnie chrapa�e�, obudzi�em si� i us�ysza�em g�osy na korytarzu - rzek� Roffery. - Przez matow� szyb� zobaczy�em dw�ch ludzi mijaj�cych drzwi... tylko �e oni byli za wielcy na ludzi. To byli Giganci!

   - Giganci? Gigant�w ju� nie ma, Roffery!

   - M�wi� ci, �e to byli Giganci, mieli pe�ne siedem st�p wzrostu. Przez szyb� widzia�em ich g�owy - zamilk�, a w jego oczach Complain dostrzeg� fascynacj�.

   - Poszed�e� za nimi? - zapyta�.

   - Tak. Szed�em za nimi a� do tego miejsca. S�ysz�c to Complain rozejrza� si� uwa�nie po otaczaj�cych ich cieniach.

   - Czy nie usi�ujesz mnie czasem przestraszy�? - spyta�.

   - Nie prosi�em ci�, aby� tu za mn� przychodzi�, a poza tym czemu mieliby�my si� ba� Gigant�w? Paralizator za�atwia cz�owieka niezale�nie od jego rozmiar�w.

   - Chyba b�dzie lepiej, je�eli wr�cimy, Roffery. Nie ma �adnego sensu stercze� tu dalej, a poza tym powinienem pe�ni� wart�.

   - O tym nale�a�o wcze�niej pomy�le� ­ rzek� Roffery. - Przyprowadzimy tu p�niej Marsppera, aby dowiedzie� si�, co on my�li o morzu. Zanim st�d odejd�, chcia�bym na co� rzuci� okiem. Na miejsce, gdzie znikn�li Giganci.

   Wskaza� r�k� miejsce obok kajut, gdzie kilkana�cie centymetr�w nad powierzchni� wody wystawa� kwadratowy kraw�nik. Pada�o na niego pojedyncze �wiat�o, kt�re wygl�da�o, jakby Giganci umie�cili je specjalnie w tym celu.

   - Za tym kraw�nikiem znajduje si� klapa - wyszepta�. - Giganci zeszli w d� i zamkn�li j� za sob�. Chod�, podejdziemy bli�ej i przyjrzymy si� dok�adnie.

   Ten projekt wyda� si� Complainowi ca�kowicie pozbawiony sensu, nie chc�c si� jednak sprzeciwia� rzek�:

   - Dobrze, ale trzymajmy si� cienia, na wypadek gdyby kto� tu wszed�.

   - Woda jest tylko do kostek - powiedzia� Roffery. - Chyba nie boisz si� zamoczy� n�g?

   By� dziwnie podniecony, zupe�nie jak dziecko, lecz mimo dzieci�cego braku poczucia niebezpiecze�stwa pos�ucha� rady Complaina i trzyma� si� blisko �ciany. Brn�li jeden za drugim brzegiem morza, trzymaj�c bro� w pogotowiu, i w ten spos�b dotarli do klapy zupe�nie suchej za os�on� kraw�nika.

   Roffery mrugn�� porozumiewawczo do Complaina, po czym powoli uni�s� klap�. W otworze pojawi�o si� �agodne �wiat�o, w kt�rym ujrzeli �elazn� drabink� prowadz�c� w g��b studni pe�nej rur i przewod�w. Dwie, ubrane w robocze kombinezony postacie pracowa�y w milczeniu na dnie szybu robi�c co� ko�o zaworu odcinaj�cego. Po otwarciu klapy musieli us�ysze� szum wody dochodz�cy z g�ry, gdy� obaj r�wnocze�nie unie�li g�owy patrz�c ze zdumieniem na Complaina i Roffery'ego. Byli to niew�tpliwie Giganci - ogromni, pot�nie zbudowani, o ciemnych twarzach.

   Roffery straci� od razu g�ow�. Z hukiem zatrzasn�� klap�, odwr�ci� si� i zacz�� ucieka�. Complain brn�� tu� za nim. Jeszcze chwila i Roffery znikn�� pod wod�. Complain zatrzyma� si� gwa�townie. Tu� przed sob�, pod sam� powierzchni� morza, zobaczy� brzeg studni. Z jej g��bi, kilka krok�w od niego, wyp�yn�� Roffery krzycz�c i bez�adnie machaj�c r�kami. Wychylaj�c si� na tyle, na ile pozwala�o bezpiecze�stwo, Complain wyci�gn�� r�k�, aby mu pom�c. Mimo usilnych stara� Roffery nie uchwyci� r�ki i w�r�d piany i baniek powietrza zanurzy� si� znowu. Chlupot odbi� si� w jaskini og�uszaj�cym echem...

   Roffery pojawi� si� znowu, lecz tym razem uda�o mu si� zgruntowa� i sta� po piersi w wodzie. Dysz�c ci�ko i przeklinaj�c usi�owa� posun�� si� naprz�d, by uchwyci� r�k� Complaina, w tym samym jednak momencie otworzy�a si� klapa. Giganci zamierzali wyj��... Gomplain odwr�ci� si� gwa�townie i zauwa�y�, jak Roffery chwyta za paralizator, kt�remu zupe�nie nie zaszkodzi�a wilgo�. Dostrzeg� tak�e dziwne �wiat�o pe�gaj�ce gdzie� wysoko nad ich g�owami. Nie celuj�c strzeli� w kierunku wy�aniaj�cej si� z otworu g�owy. Nie trafi�... Gigant skoczy� ku nim i Complain ogarni�ty panik� rzuci� bro�. Gdy si� pochyli�, aby j� odnale�� w ciemnej wodzie, Roffery strzeli� nad jego plecami. Celowa� lepiej ni� Complain - Gigant zachwia� si� i zwali� do wody z pluskiem, kt�ry wielokrotnie powt�rzy�o echo. Znacznie p�niej Complain u�wiadomi� sobie bardzo istotny szczeg� - potw�r nie mia� broni.

   Drugi Gigant by� uzbrojony. Widz�c, jaki los spotka� jego towarzysza, przykucn�� na drabin� i os�oni�ty kraw�nikiem, strzeli� dwukrotnie. Pierwszy strza� trafi� Roffery'ego w twarz - ranny bez s�owa osun�� si� w wod�.

   Complain rzuci� si� na brzuch, wznosz�c nogami ob�oki piany, ale d1a wprawnego strzelca stanowi� nadal dobry cel; pocisk trafi� go w skro�. Bezw�adnie, twarz� w d�, zapad� si� w wod�.

   Gigant wygramoli� si� ze studni i, gro�nie ruszy� w jego kierunku.

nast�pny